Dziś z rana, popijając leniwie kawę oraz przeglądając zdjęcia natknęłam się na te z naszej trzydniowej wyprawy do Coffs Harbour kilka miesięcy temu. Pomyślałam więc, że warto dodać króciutki wpis na ten temat na blogu.

Jakiś czas temu postanowiliśmy spotkać się z naszymi dobrymi znajomymi mieszkającymi w Brisbane, mniej wiecej w połowie drogi… Coffs Harbour – niewielkie miasteczko położone 540 km na północ od Sydney wydało się doskonałym pomysłem 🙂

Po sześciu godzinach podróży dotarliśmy wreszcie do celu. W Coffs Harbour byliśmy juz co fakt kilka razy przejazdem, ale jeszcze ani razu nie udało nam sie tu zagościć na dłużej..
Jak się przekonaliśmy, to niewielkie miasteczko ma całkiem sporo atrakcji do zaoferowania, otoczone jest bowiem kilkoma parkami narodowymi, przepięknymi plażami (zresztą gdzie w Australii nie ma pięknych plaż…) oraz schodzącymi do oceanu wzgórzami gęsto usianymi plantacjami bananów. Skoro już jesteśmy przy bananach, to może wspomnę iż najbardziej popularną atrakcję turystyczną tego miejsca stanowi pomnik wielkiego banana 😀 Można zauważyć wielu turystów zatrzymujących się właśnie tam w celu uwiecznienia swojej osoby na tle wspomnianego monumentu. No cóż, nie jest to dla nas rzecz do końca zrozumiała i raczej nie podzielamy aż tak wielkiego entuzjazmu większości odwiedzających, jednak przynagleni usilnymi naciskami ze strony dzieci, zdjęcie wykonaliśmy i my 🙂

Po zostawieniu bagaży w hotelu, okazało się iż pozostało jeszcze sporo czasu do planowanego spotkania ze znajomymi, pomyśleliśmy więc, że warto rozejrzeć się po okolicy.
Za cel obraliśmy jeden ze znanych pobliskich punktów widokowych, wsiedliśmy więc w samochód i ruszyliśmy przed siebie. Po chwili okazało się, że niestety zboczyliśmy z trasy i jedziemy w złym kierunku, nie przejęliśmy się jednak tym zbytnio, rozkoszując się pięknem widoków mijanych po drodze… i tak oto zupełnie przypadkiem wjechaliśmy w sam środek lasu deszczowego. Przed nami kręta, rdzawo-czerwona, dzika droga, a po obu stronach soczyście zielona gęstwina tropikalnej dżungli.

Szczęśliwie, nasz samochód posiada napęd na cztery koła, nie zastanawiając się więc długo ruszyliśmy w głąb…
Tego co tam przeżyliśmy nie da się opisać. Uderzyła nas intensywna zieleń, odurzające, wilgotne powietrze, wrzeszczące ptactwo, przelatujące co chwilę kolorowe papugi, od czasu do czasu niepokojące szelesty gdzieś tam pomiędzy roślinami.
Otworzyliśmy wszystkie okna i po prostu jechaliśmy w milczeniu nasłuchując i próbując nasycić się tym wszystkim co nas otacza. Wydawało się, jakby od najbliższej cywilizacji dzieliły nas tysiące kilometrów.
Wracając, czuliśmy ogromny niedosyt i apetyt na więcej. To była jedna z najpiękniejszych i najbardziej inspirujących przejażdżek samochodem, nawet nasze dzieci siedziały niemal bez ruchu oczarowane i lekko oszołomione niezwykłością tego miejsca.

 

Udostępnij