Drogi czytelniku, jakie są twoje pierwsze skojarzenia z Australią?

Słońce, piękne plaże, kangury i koala? Z pewnością tak, ale nie tylko, prawda…?

Bo przecież każdy wie, że w Australii żyją okropne, wielkie, owłosione, obrzydliwe i śmiertelnie jadowite pająki i jakby tego było mało to przecież są jeszcze węże! I to nie byle jakie, ale te najgroźniejsze spośród wszystkich dostępnych na naszej planecie. Są też krokodyle, rekiny… lista jest długa!

Dla mnie jednak największym problemem, jeszcze przed przylotem na Antypody nie wydawały się być węże ani też rekiny, ale właśnie pająki! I marnym pocieszeniem był dla mnie fakt, że przecież w większości tak na prawdę niegroźne, nieszkodliwe…

Nie! To nie miało dla mnie żadnego znaczenia! Ja po prostu bałam się, jak zareaguję, kiedy takie coś wejdzie mi do domu oraz jak się tego pozbyć, gdy będę sama (bo kapcie i gazeta w tym przypadku raczej nie będą pomocne… ), poza tym, to na samą myśl, że mogłabym stanąć z takim potworem twarzą w twarz robiło mi się słabo! Przecież ja nie mogłam znieść widoku nawet tych naszych małych, rodzimych pajączków..!

Na szczęście australijska rzeczywistość znacząco odbiega od moich dawnych wyobrażeń na temat udręczonych przez natrętne, włochate olbrzymy mieszkańców Antypodów!

Póki co cała nasza rodzina żyje i ma się dobrze… co nie znaczy, że obyło się bez przygód.

Przedstawiam wam jedną z nich…

Pewnego pięknego dnia umówiłam się z moją koleżanką C. (również skrzypaczką) na próbę przed naszym pierwszym wspólnym koncertem w Sydney. Dodam iż C. pochodzi z Wielkiej Brytanii, do Australii przyleciała mniej więcej w tym samym czasie co my oraz podobnie jak ja deklaruje dozgonną nienawiść do wszelkiej maści pajęczaków!

C. przyjechała do mnie na próbę wraz z półtorarocznym wówczas synkiem. Byłyśmy całkiem zadowolone, gdyż poza bieganiem na zmianę za uroczym maluchem udało nam się jeszcze ustalić program na koncert oraz wydobyć kilka dźwięków!

Po owocnej pracy odprowadziłam ją do samochodu. C. poprosiła bym otworzyła dla niej drzwi podczas gdy ona miała zapiąć malucha w foteliku, prośbę oczywiście spełniłam i właśnie wtedy oczom mym ukazał się widok jak z koszmaru..

Z boku.. zaraz obok kierownicy… siedział ON!

Ohydny,.. owłosiony,.. pająk gigant!

Na kilka sekund zastygłam w bezruchu, poczułam gwałtowny przypływ krwi do mózgu, po czym z czeluści mego gardła wydobył się donośny krzyk.

Chwilę póżniej wrzeszczała już cała trójka:

ja, C. oraz… spanikowane, niczego nieświadome dziecko… 🙂

Swoim – z pewnością niepojętym dla lokalnej społeczności – zachowaniem wzbudziłyśmy zainteresowanie robotników, którzy akurat pracowali przy renowacji sąsiedniego budynku… Postanowiłyśmy więc wykorzystać sytuację i poprosiłyśmy o pomoc w usunięciu pająka…

Uśmiechnięty od ucha do ucha, postawny, umięśniony, (wnioskując po akcencie) rodowity Australijczyk po wstępnych oględzinach intruza ocenił iż jest on niegroźny. Pomyślałam więc, że złapie go w dłonie, wypuści i będzie po problemie…

Tak się jednak nie stało…

Zamiast tego udał się on na pobliski plac zabaw, po czym wrócił ze sporym kawałkiem gałęzi. W międzyczasie polecił przynieść z domu spray na owady co też pospiesznie uczyniłam.

“Pan robotnik” zbliżył się do pająka dość energicznym krokiem i zaczął go okładać „badylem”. Pająk oczywiście uciekł, tyle że zamiast na zewnątrz, to schował się w jakimś trudno dostępnym miejscu, w dalszym ciągu pozostając wewnątrz samochodu.

Wtedy to, ów młodzieniec chwycił za spray i zaczął pryskać gdzie się da, po czym z wielkim zadowoleniem i szerokim uśmiechem na twarzy oświadczył, że juz po problemie, bo co prawda pająk nadal jest w samochodzie ale nie ma szans przeżyć takiej dawki trucizny. Doradził poczekać chwilkę w domu, wrócić za 15 minut i spokojnie jechać..

Nie byłam taka pewna czy C. będzie w stanie ”spokojnie jechać”, więc w międzyczasie obmyślałyśmy plan B 🙂

Jeden z wariantów zakładał powrót do domu pociągiem lub telefon do męża C. aby wyszedł wcześniej z pracy i „coś” z tym zrobił.

Po wypiciu herbaty nieco się uspokoiłyśmy, a logika podpowiadała, że pająk jest już martwy.

Wróciłyśmy więc do samochodu, a po pająku nie było śladu. C. zadecydowała, że jednak jedzie, posadziła dziecko w foteliku, po czym usiadła za kierownicę i coś jeszcze poprawiała w ustawieniach GPS.

Dziecko wielce zadowolone machało rączką na pożegnanie, kiedy nagle zobaczyłam (znowu ja) pnącego się „chwiejnym krokiem” wzdłuż przedniego siedzenia PAJĄKA.

A jednak przeżył!

Znowu krzyk (choć juz zdecydowanie mniej donośny), ewakuacja dziecka…

Zapadła szybka decyzja – biegnę do domu, wracam uzbrojona w spray oraz miotłę ogrodową, koniec pająka jest bliski!

C. z wielką werwą chwyciła za spray, po zużyciu całej jego zawartości olbrzym już prawie się nie ruszał, zwinął się w kłębek i czekał na nieuchronną śmierć, teraz już pozostał tylko jeden problem.. jak go z tego samochodu wyciągnąć… tu miotła okazała się być niezwykle pomocna. Wystarczyło kilka energicznych ruchów i pająk wylądował na zewnątrz! Udało się, misja zakończona! Szczątki pająka spoczęły na parkingu, a C. mogła wreszcie spokojnie wrócić do domu…:)

Szczęśliwie, jak dotąd jest to jedna z niewielu tego typu historii… aczkolwiek nie jedyna… CDN 🙂

Zdjecie na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported license. (źródło: Wikipedia, Autor zdjęcia Jon Richfield)

Udostępnij